Roman Warszewski o książce Wojciecha Jagielskiego “Wypalanie traw”
Wypalanie białych plam
“Miałem kiedyś przyjaciółkę w Ventersdorpie, niewielkim [...] miasteczku na stepie Transwalu. Była dziennikarką w miejscowej gazety. Kiedy zadzwoniłem do niej, by powiedzieć, że zamierzam napisać o miasteczku i Eugénie Terre’Blanche’u, człowieku, który nim rządził, odłożyła słuchawkę i więcej nie odbierała moich telefonów”.W taki oto tajemniczy sposób Wojciech Jagielski rozpoczyna swoją opowieść o Ventersdorpie – o niewielkiej burskiej miejscowości; o Republice Południowej Afryki; o Afryce jako wielkim kontynencie; wreszcie – o współczesnym, bardzo dziwnym i bardzo podzielonym świecie. Wypalanie traw trzeba bowiem odczytywać na tylu planach i na tylu różnych płaszczyznach. To książka, która opowiadając o przysłowiowej kropli wody (Ventersdorpie), pokazuje nam cały odbijający się w niej świat. To książka uniwersalna, swym spokojnym, falującym językiem przywodząca na myśl biblijną przypowieść, która – cały czas pozostając reportażem – nie może nie kojarzyć się z wiekopomnym dziełem Johna Steinbecka – Gronami gniewu.
“Miałem kiedyś przyjaciółkę w Ventersdorpie...” – te początkowe słowa są kalką (na pewno zamierzoną) początku innej książki o Afryce – Pożegnania z Afryką Karen Blixen. “Miałam kiedyś farmę w Afryce” – tak swoje wspomnienia o utraconej Kenii i raz na zawsze utraconych Masajach rozpoczyna słynna, nieżyjąca już Dunka. Książka Jagielskiego z tamtym nurtem opisywania Afryki –


Tym razem Cuzco przyszło do mnie z kolejnym albumem Romana Warszewskiego i Arkadiusza Paula, wydanym w znakomitej serii, przedstawiającej „7 nowych cudów świata”. Gdy w 1492 r. Krzysztof Kolumb dotarł do wybrzeży Nowego Świata, Cuzco, stolica inkaskiego imperium, sięgającego od dzisiejszego Chile do Kolumbii, było już pełnym życia miastem, większym od europejskich metropolii. Liczyło sto tysięcy mieszkańców, podczas gdy ówczesny Madryt zaledwie osiem tysięcy! Było lepiej rozplanowane i wyposażone
W Ameryce Łacińskiej dość rozpowszechnione jest przekonanie, że w głębi amazońskiej dżungli, zdala od ludzkich siedzib, żyją plemiona białych Indian, będących potomkami jakiejś bliżej nieznanej cywilizacji prekolumbijskiej. Niektóre z nich zostały nawet zlokalizowane, stanowiąc niezłą zagadkę dla badaczy, a jedno z nich, w Ekwadorze, sam kiedyś odwiedziłem. Jednak tytułowe „zaginione białe plemiona” z książki Riccarda Orizia to całkiem inne grupy etniczne. To zapomniany – nazwijmy to tak – produkt uboczny kolonizacji. Zagubieni w tyglu historii biali - etnicznie różniące się od reszty tła mniejszości, o niekiedy bardzo zaskakującej, europejskiej proweniencji.
Tytuł albumu - „Cuzco. Rzym Nowego Świata” odwołuje się do stwierdzenia, które w przeszłości padało wielokrotnie. O Cuzco – dawnej inkaskiej stolicy, jako o Rzymie, pisał już pod koniec XVI wieku Inca Garcilaso de la Vega – słynny dziejopis, syn inkaskiej księżniczki i hiszpańskiego konkwistadora, choć urodzony w Cuzco, dożywający swych dni w Europie, w Kordobie.