Roman Warszewski o książce Riccarda Orizia „Zaginione białe plemiona”
My, z zaginionego plemienia
W Ameryce Łacińskiej dość rozpowszechnione jest przekonanie, że w głębi amazońskiej dżungli, zdala od ludzkich siedzib, żyją plemiona białych Indian, będących potomkami jakiejś bliżej nieznanej cywilizacji prekolumbijskiej. Niektóre z nich zostały nawet zlokalizowane, stanowiąc niezłą zagadkę dla badaczy, a jedno z nich, w Ekwadorze, sam kiedyś odwiedziłem. Jednak tytułowe „zaginione białe plemiona” z książki Riccarda Orizia to całkiem inne grupy etniczne. To zapomniany – nazwijmy to tak – produkt uboczny kolonizacji. Zagubieni w tyglu historii biali - etnicznie różniące się od reszty tła mniejszości, o niekiedy bardzo zaskakującej, europejskiej proweniencji.„Gdzie rąbią drwa, tam lecą wióry” – to stare porzekadło oddaje istotę poruszanego w książce problemu. Tam, gdzie historia toczy się w sposób bezpardonowy, pchając przed sobą miażdżący wszystko walec, zdarzyć się mogą rzeczy, o których nikomu się nie śniło. Wtedy też na lewo i prawo lecą wióry. Tymi wiórami - niejako odpadami historii - są białe mniejszości, o których pisze Orizio.
Książka „Zaginione białe plemiona” to świetny reportaż o wykluczeniu, a właściwie – samowykluczeniu. Opowiada o białych kolonizatorach, którzy z biegiem czasu (wieków – bo o takiej skali czasu tu mówimy) na opanowywanych przez siebie ziemiach najpierw stali się białymi drugiej kategorii, a następnie – poprzez izolację, w którą popadali (zwykle z własnej woli) – nabrali tak specyficznych cech, iż każdy antropolog byłby w stanie ich zakwalifikować jako osobne plemię.
To pierwsze zaskoczenie w książce włoskiego reportera. Bo przecież nie zwykliśmy w taki sposób myśleć o białych, którzy na podbijanych przez siebie terenach najczęściej zajmowali pozycję nadrzędną, tworząc elitę panów. Drugim zaskoczeniem jest natomiast konstantacja, jak łatwo jest o pomyłkę i fałszywą ocenę zachodzących wokół przemian. Jak łatwo jest nie zauważyć, gdzie biegnie główny nurt postępu i historia, a gdzie jej boczna odnoga, która wcześniej niż później kończy się ślepą uliczką.
Bo większość białych, rozsianych po świecie mniejszości, o których pisze Orizio podążyło właśnie którymś z owych bocznych nurtów, ze swego nieszczęścia, z czasem - drogą niepojętej racjonalizacji – czyniąc cnotę. Tak jest na przykład w przypadku tzw. confederados – północnoamerykańskiej mniejszości w Brazylii, z rejonu Sao Paulo, która do tego wielkiego południowoamerykańskiego kraju trafiła po wojnie secesyjnej, w nadziei, że tam, na południu, niewolnictwo (które z bronią w ręku bronili w swojej ojczyźnie) trwać będzie w nieskończoność.
Odmiennym przykładem są Basterowie z Namibii – zaskakująca, zielonooka krzyżówka Holendrów i Buszmenów, którzy uciekli z Brytyjskiej Kolonii Przylądkowej, nie mogąc pogodzić się z rodzącą się tam polityką segregacji rasowej - z przyszłym apartheidem. Wchodząc w koligacje z Hotentotami, stali się tam kastą nadzwyczaj sprawnych robotników i rzemieślników, po dziś dzień słynącą z prawości, odwagi oraz nieprzeciętnej urody swych kobiet.
Zadziwiającym melanżem postępu ze wstecznymi, czy wręcz mrocznymi tendencjami w historii, są dzieje Polaków z Haiti. Jakże interesującym doświadczeniem jest przeczytanie na ich temat kilkudziesięciu stron, które wyszły spod ręki nie Polaka, lecz obcokrajowca! Ta haitańska polska mniejszość – jak pisze Orizio - to „relikt, skamielina” z epoki wojen napoleońskich. Kolejny dowód na to, jak łatwo w historii pomylić się z jej oceną, gdy nie patrzy się na nią z dalszej perspektywy, lecz gdy musimy ją wartościować w momencie, gdy ona właśnie się dzieje i toczy.
Polacy na Haiti trafili na początku XIX wieku, we francuskich oddziałach ekspedycyjnych generała Leclerca, który na tej karaibskiej wyspie stłumić miał powstanie czarnych niewolników. To – niewątpliwie – jedna z najczarniejszych kart polskiego oręża, jakże chętnie u nas wymazywana z pamięci i uznawana za niebyłą. Bo po cóż Polacy brali udział w tej karaibskiej awanturze? Dlaczego – samemu ceniąc wolność ponad wszystko – decydowali się iść do boju, by tej wolności pozbawiać kogoś innego (i to na dodatek dosłownie na krańcach świata)? Powód był oczywisty. Chodziło o przypodobanie się Napoleonowi za wszelką cenę, by ten w Europie poskromił dwie europejskie potęgi, które w tym czasie z mapy wykreśliły Polskę.
Co z tego wynikło? Na szczęście wysłani na Haiti Polacy w porę się opamiętali. Na szczęście – bo, gdyby nie to, dziś nie byłoby po nich śladu. Widząc, iż murzyńskie powstanie niewolników zwycięża, w odpowiedniej chwili zdezerterowali i przeszli na stronę która zyskiwała przewagę. Tylko dlatego przetrwali, bo czarnoskórzy zwycięzcy na wyspie wszystkich innych białych wycięli w pień. Polacy ostali się jako jedyni – jako wartownicy więzień, gdzie przez pewien czas (do egzekucji) przetrzymywano Francuzów. Tych samych, z którymi kilkanaście miesięcy wcześniej przypłynęli na wyspę.
To jasne, że po czymś takim nie mogli myśleć o powrocie do Europy. Bo po co? Po to, by głowy położyć pod ostrze gilotyny? Dlatego pozostali na wyspie, stopniowo roztapiając się w jej czarnoskórym, ludzkim żywiole. W Cazale, ich największej haitańskiej enklawie, (co Orizio stwierdził empirycznie), już żaden z nich nie nosi polskiego nazwiska, ani nie mówi językiem Kochanowskiego. Jedynymi śladami świadczącymi o ich nadwiślańskim rodowodzie są dziś niebieskie oczy i kosmyki nieco jaśniejszych włosów. Także pamięć. Pamięć owocująca m.in. tym, że od czasu do czasu, składają petycje do polskiej ambasady w Port au-Prince z prośbą o pomoc, na przykład – w budowie szkoły.
Część poświęcona Polakom na Haiti to - według mnie - najciekawszy rozdział książki Orizia. (Można się z niego także dowiedzieć, że nasi haitańscy rodacy Jana Pawła II uważali za największego na świecie kapłana wudu; że Papa Doc Duvalier – jeden z najokrutniejszych dyktatorów XX wieku z uwielbieniem wypowiadał się o Polakach jako o „białych Murzynach Europy”; a także, że w latach 80.-tych jednego z haitańskich Polonusów do Polski zabrał znany reżyser Jerzy Grotowski, który w intencji jak najszybszego zakończenia stanu wojennego, z jego pomocą, nad Wisłą odprawiał nabożeństwa wudu!). Z drugiej strony jednak przypuszczam, że Holendrzy z takim samym zainteresowaniem przeczytają część o
Burgherach (potomkach niderlandzkich kolonizatorów na Cejlonie), Niemcy o germańskiej enklawie na Jamajce, a Francuzi o domniemanych potomkach Burbonów - Blancs Matignon z Gwadelupy. Bo książka włoskiego reportera, mimo że miejscami tonie w nic nie znaczących i nic nikomu nie mówiących detalach, ma niewątpliwy walor uniwersalny. „My wszyscy – jak pisze Orizio - pod pozorami normalności, należymy do jakiegoś zaginionego plemienia. My wszyscy możemy stać się mniejszością. [I przynajmniej] potencjalnie [...] wszyscy [jesteśmy] zmarginalizowani.”
Roman Warszewski
Riccardo Orizio, „Zaginione białe plemiona. Podróże w poszukiwaniu zaginionych
mniejszości”, wstęp Ryszard Kapuściński, tłum. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
