Pierwsza wojna polsko-indiańska
Bernardinum, Pelplin 2023Książka jest zbiorem 31 reportaży z Ameryki Łacińskiej. Nie jest to jednak worek na różne przypadkowe teksty z regionu. Istnieją dość wyraźnie zarysowane związki między poszczególnymi rozdziałami. Raz tematyczne, raz terytorialne, kiedy indziej – jedne i drugie. Czytelnik miękko przechodzi od jednego reportażu do kolejnego. To rodzaj gry w domino: kolejne klocki padają jedne na drugie, tworząc coś w rodzaju panoramy całego kontynentu – od Rio Grande po Chile.
Widok, perspektywa. Pojawiają się one w pierwszym rozdziale „Ludzie–orły szybują ku ziemi. Zamiast wstępu”, w którym opisana jest ceremonia lotu ludzi–orłów z Papantli z Meksyku. W czasie tego lotu i skoku z dużej wysokości, krążą oni wokół wysokiego pala i wpadają w uniesienie, w rodzaj transu. W locie ku ziemi WIDZĄ. Widzą różne rzeczy, różne sytuacje, sceny. W domyśle – także to, o czym mowa jest w następnych rozdziałach.
Z kolei w zakończeniu książki („Wpół drogi. Zamiast zakończenia”) sam autor, po wielodniowym przyuczeniu, bierze udział w tej samej ceremonii, w tej samej miejscowości. Też WIDZI. Widzi, że niezależnie od tego jak długo podróżowałby po Ameryce Łacińskiej, zawsze – i to w najlepszym razie – będzie jedynie wpół drogi. Ale cóż to? Takie jest świat, rzeczywistość. To przecież pogoń jest najważniejsza – dążenie do jakiegoś celu…
Co oczywiste – pierwszy i ostatni rozdział stanowią klamrę książki.
Tytułowy reportaż „Pierwsza wojna polsko-indiańska” opowiada o mało znanym konflikcie w Brazylii na przełomie XIX i XX wieku między polskimi osadnikami i Indianami z plemienia Botokudów. Osadnicy, szukając dla siebie ziemi, nie byli w stanie pojąć, że naruszają czyjeś terytorium i że stają się takimi samymi zaborcami, przed którym uciekali z Polski. W ogóle nie przychodziło im to do głowy. Uważali, że mają prawo do takiego postępowania. Polsko indiańska trwała aż 28 lat! Jest to mało znany epizod polskiej historii na wychodźstwie – daleki od tak bardzo hołubionej historii wzniosłej i cierpiętniczej.
Trzeci, już właściwie potytułowy reportaż pt. „W drodze do San Escobar” opowiada o pięknym hotelu „La Mision” w miejscowości San Ignacio na południu Boliwii, gdzie autor w czasie trawersu kontynentu na trasie z Limy do Rio de Janeiro szuka noclegu. Okazuje się, że jest to hotel zbudowany przez Niemca, uciekiniera z III Rzeszy (dużo ich na południu Boliwii, a właściwie ich potomków), który – by łatwiej wszystko zaczynać od nowa – do Ameryki Południowej przywiózł m.in. woreczek pełen złotych zębów. Autor – jak o tym się dowiaduje – ucieka z tego hotelu i gdzie indziej szuka noclegu.
W książce jest też reportaż („Biały szczyt”) o ludziach, którzy próbują zmienić „życiorys” regionu Ayacucho, najbardziej doświadczonego przemocą w Andach (Sendero Luminoso). Chcą zaszczepić tam zalążki nowoczesności: w miejscach, gdzie w górach znika pokrywa lodowa, stoki gór malują na biało, co jest w stanie punktowo przywrócić zachwianą równowagę ekologiczną.
Jest też reportaż o tym jak Ruth Shandy – odkrywczyni najstarszego na kontynencie miasta (w wieku Wielkich Piramid z Gizy!), która walczy z machistowskim archeologiem z USA, twierdzącym, że to on odkrył to, co ona odkryła („Caral. Awantura o początek”). W tych zmaganiach jest górą.
Jest również reportaż o dyskusji nieopodal Instytutu Nowego Dziennikarstwa w Cartagenie de Indias w Kolumbii na temat pedofilskich skłonności nie kogo innego jak Gabriela Garcii Marqueza i o jego konflikcie (z kobietami w tle) z Mario Vargasem Llosą.
Mamy rozdział o walce Victorii Dondy – znanej argentyńskiej parlamentarzystki, o własną tożsamość (jako niemowlę została zaadaptowana przez ludzi związanych z prawicową dyktaturą, o czym dowiedziała się dopiero jako osoba dorosła), a także o to, by Argentynki wreszcie zyskały prawo do aborcji. (I, jak wiadomo, zyskały.)
Kolejny reportaż to tekst o emigracji za wszelką cenę – o próbie przepłynięcia Cieśniny Florydzkiej z Kuby do USA („Drzewo zwane nadzieją”).
Autor trafia też do wysokogórskiej wioski Uchuraccay, gdzie w początku lat 80-tych XX wieku doszło do masakry siedmiu dziennikarzy, próbujących rozwikłać zagadkę mającego miejsce w tamtym regionie rozlewu krwi w wojnie z partyzantami Sendero Luminoso. Wtedy miejscowi wieśniacy kamieniami i drewnianymi pikami zatłukli i zakłuli tych „intruzów”. Po 35 latach, pytani o to, co sądzą o tamtej masakrze, potomkowie sprawców twierdzą, że nic takiego nie miało miejsca, że może gdzieś indziej, w dalszej okolicy, ale na pewno nie u nich… Sprawa została całkowicie wyparta z miejscowej pamięci.
To tylko kilka przykładów. Książka powinna jednak przemówić w całości – swoimi zmiennymi planami, przeciwstawieniami tego, co było kiedyś, jest dzisiaj, a może stać się jutro. Owa nieustanna konfrontacja to – jak mi się wydaje – jeden z jej atutów. Powinna również przemówić swoim zdecydowanym językiem. Konspekt i streszczenie to tylko namiastka. Nie są w stanie zastąpić całości.
Znany poeta, Zbigniew Joachimiak (który naprawdę nie jest skory do pochwał) po zapoznaniu się z całością napisał do mnie: „To świetna książka. Przemawia nawet do tych – jak ja – którzy nie są zbytnio zainteresowani opisywanym przez ciebie regionem. Ale jest pełna uogólnień, skłania do myślenia, przemawia częstą zmianą perspektywy, a poza tym jest bardzo aktualna. Pokazuje Amerykę Łacińską, która – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – pod wieloma względami jest bardziej mentalnie zaawansowana niż Polska! Napisałeś reportaż całą gębą! Dziękuję, że zaufałeś mi i dałeś do czytania jako jednemu z pierwszych. Domyślam się, że Rysiek, któremu ją pośmiertnie dedykujesz, to Ryszard Kapuściński…”
Elżbieta Paprocka
