Jak Analía stała się Victorią (a Victoria – Analíą)
Tak się składa, że w 2003 roku byłem w Buenos Aires. Czytając książkę Mam na imię Victoria, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy wtedy, chodząc ulicami argentyńskiej stolicy, gdzieś w tłumie, bezwiednie, mijałem jej bohaterkę – Victorię Dondę?Wtedy jednak Victoria była jeszcze Analíą, a Analía jeszcze nie przeczuwała, że tak naprawdę jest Victorią. Świadomość tego dopiero w niej dojrzewała, nabrzmiewała, by w końcu eksplodować. Jak do tego doszło i jaki dramat krył się za tą niesamowitą przemianą, opowiada autobiograficzne wyznanie Victorii Dondy zatytułowane Mam na imię Victoria.
Victoria przyszła na świat... No właśnie: nawet tak elementarnego zdania na jej temat nie można skończyć bez sążnistych wyjaśnień. Bo dziewczynka, choć urodziła się jako Victoria, zaraz stała się Analíą. I choć urodziła się w 1977 roku, w jej metryce znalazł się rok 1979. Te dwa lata Analíi zawsze brakowały. Porównując się z rówieśnikami, od samego początku sama czuła, że coś się nie zgadza, że coś jest nie w porządku. Zawsze była bardziej dojrzała fizycznie od swych rówieśników, a także górowała nad nimi intelektualnie. Gdy się ma 50 lat, różnica dwóch lat może być niezauważalna. Lecz gdy się ma lat 10 lub 15, dwa lata to cała epoka.
To był pierwszy sygnał. Drugim były jej zainteresowania. Bo mimo że wychowywała się w rodzinie nadzwyczaj konserwatywnej i blisko związanej z argentyńskim establishmentem, Analía od zawsze sympatyzowała z lewicowcami (żeby nie powiedzieć – lewakami). A jej przekonania były tak silne, jakby predylekcję do lewicowości wyssała z mlekiem matki... Trzecim sygnałem był proces, który dzięki interwencji słynnego hiszpańskiego prawnika Baltasara Garzona (tego samego, który w stan oskarżenia postawił Augusto Pinocheta) wytoczono w Argentynie pułkownikowi Adolfowi Dondzie. Gdy w Buenos Aires po klęsce w wojnie o Falklandy (Malwiny) zaczęły pękać stalowe okowy dyktatury wojskowej, coraz głośniej zaczęto sobie przypominać o wszelkich niegodziwościach, których pod rządami wojskowych doświadczyli Argentyńczycy.
A było tego niemało. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku co najmniej 30 tysięcy osób zaginęło tam bez wieści. Wiele z nich po ogłuszeniu zostało po prostu zrzuconych z samolotu do oceanu. Z torturowaniem więźniów politycznych za bardzo się nie kryto. Chodziło bowiem o zastraszenie i odstraszenie. Żelazny uścisk wojskowych chcących zdławić protesty lewicy wynikał w Argentynie głównie z tego, iż cały czas miano tam świadomość, iż właśnie z Argentyny, z Rosario, pochodził Ernesto Che Guevara – idol lewicowej młodzieży, który wzywał do rozpalenia w Ameryce Południowej dwóch, trzech nowych Wietnamów. A Argentyna nie chciała stać się jednym z nich. Dlatego jej wojskowe rządy były tak twarde, tak stalowe, tak bezwzględne. Dlatego też do głębokich podziałów w kraju tym często dochodziło nawet w łonie wielu rodzin. Właśnie o czymś takim mowa była w czasie procesu pułkownika Adolfa Dondy.
Bo Adolfo – wojskowy i prawicowiec – miał brata Cabo. Inaczej niż Adolfo, Cabo był lewicowcem i należał do terrorystycznej organizacji Monteneros. Adolfo – jak wynikło z zeznań świadków – w okresie dyktatury miał doprowadzić do aresztowania Cabo oraz jego żony Cori. Małżonkowie z więzienia już nigdy nie wyszli. Pamiętano tylko, że gdy Cori trafiła za kraty, była w ciąży. Co się stało z Cabo? Co się stało z Cori? Co stało się z ich dzieckiem, które – jak można było przypuszczać – na świat przyszło w więzieniu?
Adolfo w czasie procesu milczał. Na żadne z tych pytań nie chciał udzielić odpowiedzi. Początkowo sądzono, że zaginionym dzieckiem Cabo i Cori była Mariel Donda, którą Adolfo przez pewien czas się opiekował. Badania DNA wykazały jednak, że podejrzenia były niesłuszne. Mariel nie mogła być córką Cori i Cabo. Na pytanie, gdzie jest ich dziecko, nadal nie było odpowiedzi.
Jeśli chodzi o Analíę, na początku – abstrahując od jej dziwnych przeczuć – był tylko jeden niepokojący fakt. Na jej metryce urodzenia widniał podpis dra Luisa Magnocco. A w Argentynie – gdy zaczął się tam polityczny ferment – szybko stało się tajemnicą poliszynela, że był to lekarz, który swego czasu chętnie współpracował z wojskowymi i podpisał niejeden trefny dokument.
Potem ktoś z organizacji Abuelas de Plaza de Mayo (Babć z Majowego Placu – organizacji analogicznej do sławnych Matek z Majowego Placu) zwrócił uwagę na uderzające podobieństwo Analíi do Marii Hildy Pérez (Cori) i José Marii Dondy (Cabo) – tej pary, której dziecko w latach siedemdziesiątych gdzieś przepadło bez wieści. I jakby tego było mało, znaleźli się świadkowie, którzy znali Cori z więzienia i pamiętali, że ona tam urodziła, po czym dziecko jej odebrano, a ją samą zamordowano.
Gdy uświadomiono sobie, że oskarżony o polityczne przestępstwa Adolfo Donda to brat Cabo, nic już nie mogło zatrzymać lawiny. W Argentynie były tysiące dzieci, które w czasach dyktatury odebrano rodzicom i które przekazano wiernym tej dyktaturze bezdzietnym parom. Jednak dziecko, które zostało pozbawione rodziców przez własnego wuja, było tylko jedno... Znów zarządzono badania genetyczne. Analía długo nie chciała im się poddać. Gdy w końcu dała się przekonać, była to już tylko czysta formalność. Już miała za sobą całe osobiste śledztwo; już wiedziała, w jakich okolicznościach przyszła na świat i co się potem z nią działo.
– Przedziwne było to, że już zawsze podobało się imię Victoria – opowiadała później – i że moja najlepsza przyjaciółka właśnie tak się nazywała. Victoria – imię, które zaraz po porodzie w więzieniu nadała mi moja matka – zawsze miało dla mnie jakąś niezrozumiałą siłę przyciągania. Nie wiedząc jeszcze, że kiedyś najbliższa memu sercu osoba, której nigdy nie dane mi było poznać, w czeluściach więzienia nazwała mnie Victorią, mówiłam sobie, że jeśli nie nazywałabym się Analía, chciałabym mieć na imię Victoria...
Dramat i zagmatwanie, które zaczęła przeżywać, odzyskując swą utraconą tożsamość, był tym większy, że podczas gdy nie potrafiła wujowi wybaczyć popełnionych niegodziwości, to żadnych pretensji nie miała do Raula i Gracieli – ludzi, których przez lata uważała za swych rodziców i którzy w pełni świadomie oszukiwali ją, że są nimi naprawdę.
Victoria Donda pisze: „Dziś Analíą i Victorią czuję się mniej więcej w takim samym stopniu – w takim samym procencie. Nie można bowiem jednym ruchem przekreślić dwudziestu siedmiu lat swego życia. Gdy stawałam się Victorią i gdy już nią byłam, Victoria natychmiast odszukiwała w sobie Analíę. [...] Zawsze [...] będę miała problem, by oddzielić rodzinę, z którą wiążą mnie więzy krwi, od tej drugiej, która zawsze nią dla mnie będzie i do której zawsze będę czuła to samo, bez względu na jakiekolwiek wydarzenia. Owszem, są różne stopnie odpowiedzialności, jestem tego świadoma. Każdy może dowolnie ustosunkować się do tej kwestii – ja również. I nikt nie powinien osądzać mnie za to, że kocham ludzi, którzy mnie wychowali”. I nieco dalej: „Dlatego [...] mimo kłamstw i odzyskanej prawdy, przestępstw i współudziału, roli, jaką każde z nich odegrało w moim życiu, moja rodzina pozostaje moja [...]. Choć z badań krwi wynika co innego [...].”
Roman Warszewski
Victoria Donda, Mam na imię Victoria, tłum. Olga Zasępa-Bietti, Carta Blanca, Warszawa 2011
